Nowy akumulator i nowe problemy
– Akumulator jest nowy i taki jak chciałaś, jest Boscha – powiedział kolega w warsztacie. Za kilka dni miałam odebrać auto.
Byłam zadowolona, że etap rozciągającego się w czasie remontu wreszcie dobiega końca. Opuściłam warsztat snując rozmaite plany. Zastanawiałam się, gdzie będę jeździć na przejażdżki. Jak to będzie fajnie i ile miłych chwil przede mną.
Jak się okazało zakończony remont w warsztacie, wcale nie oznaczał zakończenia różnych problemów z autem przynajmniej na jakiś czas, choć tak właśnie wtedy myślałam…
Największą niewiadomą okazał się stale rozładowujący akumulator. Miesiącami nikt nie wiedział o co chodzi.



Od samego początku auto z trudem zapalało. Musiałam stale doładowywać akumulator. Poradzono mi, że auto musi więcej jeździć. Starałam się więc jeździć codziennie, ale bywało różnie. Raz kręcenie się po mieście, innym razem kilkanaście kilometrów za miastem. To kręcenie się na krótkich odcinkach niczego nie wnosiło, więc starałam się częściej wyjeżdżać trochę dalej.
Z czasem codzienne użytkowanie na siłę drugiego auta stało się uciążliwe i kosztowne. Jest to autko drugie, które sporo pali i nie jest przeznaczone do codziennego użytku. Z założenia miało to być auto weekendowe, przeznaczone na przejażdżki dla przyjemności, spotkania i zloty. Takie hobbystyczne autko, a nie wół roboczy do codziennego użytkowania.
Rozumiem, że jak auto stoi, to trzeba akumulator doładować lub co jakiś czas wziąć auto na dłuższą przejażdżkę. Jednak to z czym miałam do czynienia, to nawet taki laik jak ja, mógł powiedzieć o tej sytuacji, że nie była normalna.

– Powinien około miesiąca wytrzymać na postoju – powiedział kolega. – W moim samochodzie akumulator tyle wytrzymuje.akumulator-bosch

Po dwóch, trzech miesiącach miałam już naprawdę dość. Auto paliło dobrze tylko zaraz po naładowaniu akumulatora. Nawet codzienne wyciąganie z garażu przestało odnosić skutek. Wystarczyło gdzieś podjechać i ze dwa razy wyłączyć silnik, żeby mieć obawy o powrót tym autem do domu.



Zaczęły się pojawiać wątpliwości.
– Czy aby na pewno mam nowy akumulator? Może stał na sklepowej półce zbyt długo? Niestety nie mogłam się dopatrzyć daty. Ona oczywiście była, ale trzeba było umieć ją rozczytać. Tylko jak? Nikt nic nie wiedział.




Postanowiłam akumulator sprawdzić
Byłam w sklepie i w warsztacie. Mierzono, oglądano, próbowano, sprawdzano.
– Akumulator jest dobry – informowano mnie za każdym razem.
– Czyli jest dobry… a więc inny problem. Ale jaki? – zastanawiałam się.
– Może coś kradnie prąd w aucie – powiedział jeden z mechaników. – Musi pani pojechać i sprawdzić, czy nie ma gdzieś ubytków.
Postawiłam więc auto do warsztatu. Sprawdzono.
– Nie ma tu złodzieja prądu – usłyszałam. – Musi pani więcej jeździć i podładowywać co jakiś czas akumulator.


Więcej to ile? Przecież jeżdżę tym autem. Nie kręcę się tylko po mieście podjeżdżając co rusz pod sklep, biorę je często na kilkunastokilometrowe przejażdżki. Co mogę więcej?
Przez jakiś czas kontynuowałam prawie codzienne wyciąganie z garażu, co stało się już tak męczące, że w końcu odpuściłam sobie.
Tym bardziej, że problemy nie znikły, a wręcz przeciwnie, nasiliły się. Auto coraz trudniej było zapalić, a akumulator trzeba było coraz częściej ładować.



Może trzeba sprawdzić pasek ładowania. Może coś innego… Auto ma pasek już i tak szerszy, niż przewiduje producent, właśnie ze względu na problemy z ładowaniem. Na bank, coś się dzieje.
I na myśl o szerszym pasku, przypomniało mi się, że problem z opel-omega-aładowaniem był już pod koniec remontu. Dlatego założono wtedy szerszy pasek.
Pojechałam do warsztatu. Sprawdzono akumulator, pasek. Wszystko dobrze. Założono jakiś pasek miedziany na silniku.
– Możliwe, że nie ma masy – stwierdzono.
Pasek nie zaszkodził. Ale chyba też nie pomógł.



Kupiłam nowy akumulator
Postanowiłam kupić nowy akumulator. Wybrałam tym razem Toplę. Taki akumulator był poprzednio w moim aucie i mam z nim dobre wspomnienia. Nigdy nie zawodził, nawet podczas ostrych mrozów.

akumulator-toplaWydawało się, że to wreszcie rozwiązało sprawę. Radość jednak trwała bardzo krótko. Na początku, nowy akumulator o wiele lepiej radził sobie, niż mój poprzedni stale doładowywany. Jednak za parę tygodni problemy powróciły.
Auto wylądowało znowu w warsztacie. Sprawdzono ładowanie. Zrobiono przegląd instalacji elektrycznej. Wszystko w porządku.

Problemy się nasilały
Kolejne miesiące eksploatacji pojazdu były coraz większą zagadką, bo objawy nasilały się i zaczęły dołączać inne.
Próbowałam zrozumieć tę sytuację i połapać jakieś zależności.

Nie było to wcale proste, bo samochód zapalał raz lepiej raz gorzej i trudno było ustalić od czego to zależy.

Zauważyłam, że gaszenie i zapalanie auta, a więc przysłowiowe podjeżdżanie tylko pod sklep, szybko pogarszało sytuację nawet wtedy, gdy akumulator był świeżo naładowany.

Jeśli auto nie jeździło i stało z naładowanym akumulatorem, odpalało nawet po tygodniu i więcej. Jeśli wcześniej jeździło i akumulator nie był doładowywany, zapalało z trudem, a czasami w ogóle nie można go było odpalić.



Zatem, jaka zależność tu działa?

Jeśli auto po naładowaniu akumulatora jednego dnia jeździło na krótkich odcinkach, to następnego dnia miało problem z odpaleniem. Problem z odpalaniem nasilał się z każdym kolejnym uruchomieniem auta. Po prostu trzeba je było coraz bardziej przełamywać, a w końcu naładować akumulator.
To tak jakby pobierało bardzo dużo prądu przy rozruchu.
Tu muszę zaznaczyć, że w tym czasie brałam auto także na dłuższe przejażdżki, podczas których nigdy auta nie gasiłam. Po prostu wyjeżdżałam z garażu i wracałam, po czym dopiero wyłączałam silnik. Akumulator powinien był w jakiejś części się doładować. I chyba się doładowywał. Stąd też auto raz lepiej zapalało, a raz gorzej. Zależało to pewnie od tego, ile razy gasiłam silnik i jak długo jeździłam. Ale ja wciąż nie mogłam znaleźć tu jakiejś zależności.


Niemniej jednak nie była to sytuacja normalna. Bo przecież auto różnie się użytkuje. Jeździmy po mieście, podjeżdżamy pod sklep. Załatwiamy sprawy. Czasami jeździmy gdzieś dalej. Zawsze tak było. Normalne użytkowanie samochodu.

Tu ewidentnie coś było nie tak. Po naładowaniu auta można je było odpalić. Ale jeśli się auto gasiło, to za każdym razem coraz trudniej było je zapalić. Tak jakby coś zżerało prąd. Jazda stawała się coraz bardziej niepewna.
Nikt nie wiedział o co chodzi.



– Za mało jeździsz – słyszałam. Ale tak naprawdę przestałam w to wierzyć, gdy z kolejnym akumulatorem na tak krótkiej przestrzeni czasu, zaczęły dziać się podobne rzeczy. Nie jeżdżę dużo, to prawda, ale chyba nie powinny się dziać takie cyrki.



Przejażdżka nad jezioro
Pewnego dnia pojechałam nad jezioro. To było w jedną stronę ponad trzydzieści kilometrów. Wystarczająca odległość, żeby doładować akumulator. Dlaczego więc po kilku godzinach postoju na parkingu ledwo je odpaliłam? Przełamywałam je kilkakrotnie, aż wreszcie udało się. Wracając do domu pokonałam kolejne trzydzieści kilometrów drogi powrotnej, a jednak tego dnia auto już nie odpaliło ponownie i musiałam je zostawić pod domem na noc.




Retrospekcja
Tu muszę wspomnieć o pewnej sytuacji, która miała miejsce kilka miesięcy temu. Nie wiem czy ma ona jakiś związek, ale przypomniała mi się właśnie tego wieczoru, gdy wróciłam z jeziora i zostawiłam auto pod domem. A mianowicie, pewnego razu pojechałam do brata. Auto stało godzinę, może trochę dłużej, po czym nie odpaliło. Po prostu klik, klik i cześć.

– Zostaw auto. Jutro po nie przyjedziesz i się zobaczy – stwierdził brat. Albo poczekaj trochę, może jeszcze odpali. Mój też kiedyś nie odpalił, a potem postał, postał i coś mu się odmieniło.
– Coś mi to przypomina – kontynuowałam – kiedyś też miałam taki sam problem z tym autem.
Pamiętasz, jak zostawiłam na noc pod Ośrodkiem Zdrowia? Myślałam, że trzeba będzie holować, a tu następnego dnia normalnie odpalił.
– No, coś było. A ty go wtedy naprawiałaś?
– Nie pamiętam, ale chyba zaprowadziłam do warsztatu kilka dni po tej sytuacji. Nie wiem, czy nie robili rozrusznika… coś mi się kojarzy, ale nie pamiętam, czy to było wtedy. Bo to, że rozrusznik był robiony to na pewno, tylko nie wiem kiedy.
– Chodź zobaczymy, może odpali – zaproponował brat – minęło już jakieś półtorej godziny.
Poszliśmy sprawdzić, a autko jakby nigdy nic radośnie zapaliło i pojechałam do domu.
Zatem sytuacja się powtarza.



Taka sytuacja zdarzyła się przed laty i kilka miesięcy temu. A teraz wygląda na to, że powtórzyła się kolejny raz. Zatem jest szansa, że rano odpali.

Auto przenocowało pod domem. Nie zdziwiłam się więc, kiedy nazajutrz rankiem uruchomiłam samochód bez problemu i furę wstawiłam do garażu. Odpalił, tak jak odpalał poprzednimi razy odmawiając najpierw posłuszeństwa ni stąd ni zowąd.

Muszę pomyśleć co dalej. Coś trzeba będzie z tym zrobić.




Nie pali na ciepłym
Na rozgrzanym silniku nie mogłam odpalić fury po powrocie z jeziora. Podobna sytuacja miała miejsce parę lat temu i przed kilkoma miesiącami. Wygląda na to, że fura nie pali chyba na ciepłym. Zastanawiałam się, czy jest to kolejny problem, czy ciąg dalszy wcześniejszych perypetii.

Jedno natomiast na ten moment było pewne, że skoro nie pali na ciepłym to strach gdziekolwiek jechać. Po prostu nie można fury wyłączyć, bo nie zapali. A jak coś się wydarzy i zgaśnie na prostej drodze? Zresztą, po co ja mam w takiej sytuacji gdziekolwiek jeździć, jak nie mogę jej wyłączyć.



Takie tam teorie laika
Zastanawiałam się czemu auto z trudem zapaliło tego dnia, gdy zeszliśmy z plaży i chcieliśmy wrócić do domu? Stało przecież kilka godzin na parkingu, więc silnik powinien być zimny.

Może powodem było to, że tego dnia był upał. Auto stało na słońcu. Może to sprawiło, że silnik bardzo wolno stygł. To moja teoria, ale nie wiem czy dobra. Tak to sobie wtedy wytłumaczyłam. Takie tam teorie laika. A może po prostu jeszcze zdołało zapalić ten ostatni raz…



Musiałam przetestować i się upewnić
Wizyta w warsztacie była koniecznością, ale choć to było trochę ryzykowne, postanowiłam auto jeszcze sama przetestować.
Któregoś dnia poszłam do garażu. Auto odpaliło bez problemu i pojechałam na co najmniej półgodzinną przejażdżkę. Nie zatrzymywałam się nigdzie i wróciłam do garażu. Wyłączyłam silnik i ponownie już nie uruchomiłam auta. Drugiego dnia powtórzyłam akcję i było tak samo. A więc nie pali na ciepłym silniku, to pewne.

Zamykając drzwi od garażu spotkałam sąsiada, który właśnie obok wstawiał swoją furę.

– Nie pali na ciepłym… muszę coś z tym robić – narzekałam.
– Może trzeba sprawdzić rozrusznik – powiedział, tak jakby wiedział co mówi.

Rozrusznik? Dziwne… Problem z rozrusznikiem? To nie przyszłoby mi do głowy.
Może to naprawdę rozrusznik. Ale dlaczego zapala na zimnym? Gdyby to był rozrusznik, w moim laika rozumowaniu, to nie kręciłby też na zimnym.



Dwa warsztaty, zero pomocy
Zadzwoniłam do elektryka i umówiłam się na wizytę. Nie był to elektryk, u którego zazwyczaj stawiam swoje fury. Miał natomiast bliski termin.

– Nie pali na ciepłym… Nie wiem co jest. Ciągle rozładowany akumulator. Jak naładuję, to na zimnym dobrze pali. Jak się rozgrzeje, to nie zapali ponownie. Muszę postawić i czekać, aż silnik wystygnie.

– Ja tu pani nie pomogę, bo to może mechaniczna sprawa. Ja mogę tu sprawdzić wiele rzeczy, za które pani zapłaci i to nie wyjdzie mało. Ja dam pani namiary do mechaników. Tam pani pojedzie i oni zrobią diagnozę najpierw od strony mechanicznej.

I dał mi wizytówkę. Pojechałam. Kazali zostawić samochód, po czym po kilku godzinach zadzwonili z wiadomością, że przyczyną jest uszkodzona pompa paliwa i trzeba ją wymienić.
– Pompa? – zapytałam zdziwiona, bo pompę wymieniałam w zeszłym roku.
– Pompa może się szybko zepsuć, jeśli nie eksploatuje się jej odpowiednio. Wymieniamy? – zapytał.
Potwierdziłam. Niech wymieniają. Przyznaję, że mam jakieś grzeszki, bo czasami w zbiorniku mogłoby być więcej paliwa. Z drugiej strony, nie jeździłam na rezerwie… Miałam wątpliwości co do wymiany tej pompy, ale…
Pompę wymieniono, ale auta nie naprawiono.
Następnego dnia rano zadzwonił telefon.
– Trzeba robić rozrusznik – stwierdzili w warsztacie i nawet go już wykręcili i zawieźli do elektryka. Do pana elektryka, który właśnie do nich kilka dni temu kazał mi jechać. Tego już za wiele.
Wymieniono bez sensu pompę jak tamta była dobra. Pamiętam, że jak się zepsuła w zeszłym roku, to auta w ogóle nie mogłam odpalić. Naładowany czy nienaładowany akumulator w ogóle nie miał z tym związku. Auto musiałam zaholować.
A teraz jeszcze ten elektryk, który mnie do tego warsztatu odesłał i naraził na koszty, będzie naprawiał rozrusznik. Nie zgadzam się na to, nie zgadzam. I za chwilę to ode mnie usłyszą.
– Nie zgadzam się na to, proszę zabrać rozrusznik i zamontować w aucie. Nie chcę go robić. Nie zgadzam się.
Przyjechałam do warsztatu. Właśnie wkręcano rozrusznik. Potem jeden z mechaników robił jakieś pomiary i stwierdził, że mam słaby akumulator.
– Musi pani kupić nowy akumulator. Ten słaby już. Kupi pani jakiś lepszy. Firma… – wskazał ręką na moją Toplę dając do zrozumienia, że akumulator jest nędznej marki.
– Patrzy pani. Nie pali. Damy prąd, pali jak trzeba. Odłączę ładowanie zewnętrzne i nie pali. Akumulator do wymiany.
Podłączył to swoje ładowanie zewnętrzne. Zapaliłam z jego pomocą auto i odjechałam z tego warsztatu, modląc się po drodze, żeby samochód nie zgasł, bo akumulator był totalnie rozładowany, a silnik ciepły.



Rozrusznik, to pewne
Jak tylko wstawiłam auto do garażu, zadzwoniłam do mojego starego elektryka i umówiłam się na wizytę, przedstawiając co się stało.
– Ewidentnie rozrusznik, jaka tam pompa. Rozrusznik trzeba robić.

Będę musiała naładować akumulator. Wizyta za kilka dni. Swoją drogą to może i po trochu mieli rację z tym akumulatorem, bo przez te wszystkie sytuacje mógł faktycznie ucierpieć.
Minęło kilka dni i musiałam furą dojechać do warsztatu, żeby naprawić rozrusznik.
Jechałam z duszą na ramieniu. A jak coś się wydarzy i stanie na środku drogi? Jeny, tego bym nie chciała. Dojechałam i auto nawet przed warsztatem jeszcze raz zapaliło, co mnie zupełnie ogłupiło. Ale być może nie rozgrzało się mocno, a na dodatek wczoraj ładowałam cały dzień akumulator.
W warsztacie okazało się, że rozrusznika nie dało się naprawić i trzeba go było wymienić.

 
Przyczyna problemu
Podczas palenia na rozgrzanym silniku, robiło się zwarcie. Dochodziło do ogromnego poboru prądu. W rozruszniku mogło być przebicie na uzwojeniu, siadał wirnik. Problem z czasem się nasilał. Rozrusznik pobierał coraz więcej prądu. W końcu dochodziło do sytuacji, że samochód nie zapalił. Zwarcie zżerało prąd z akumulatora. Taka sytuacja rozwalała akumulator, dlatego trzeba było go tak często ładować.
– Dlaczego w poprzednim warsztacie zapalił ze wspomaganiem? – zapytałam.
– Oczywiście, że zapalił ze wspomaganiem, ale to nie jest normalna sytuacja. Jeśli podłączą urządzenie zewnętrzne i dowalą prądu jak z kombajnu, to zapali. Ale to sztuczna sytuacja – wyjaśniono mi w warsztacie.


Wymieniono na rozrusznik nowszej generacji, choć jak na nasze czasy już także przestarzały. Jest to rozrusznik przekładniowy. Ledwo można go było dostać. Z trudem udało się kupić ostatnią sztukę, bo tychże prawdopodobnie też już nie produkują. Stary rozrusznik zabrałam. Może da się go zregenerować.

opel-omega-a-rozrusznik



Podsumowanie
Cała ta sytuacja uzmysłowiła mi jak czasami długo nie możemy znaleźć rozwiązania problemu. Niektóre objawy są tak trudne do zdiagnozowania w starym samochodzie, że ciągną się miesiącami. Wreszcie dochodzi do momentu, w którym auto odmawia posłuszeństwa i dopiero wtedy można zobaczyć, co tak naprawdę się dzieje.
Na samym początku byłam pewna, że to akumulator jest winowajcą. Natomiast rozrusznik był dla mnie całkowitym zaskoczeniem.


Tu muszę dodać, że pewnego razu podczas przypadkowej rozmowy z innym kierowcą dowiedziałam się, że on także miał problemy z paleniem na ciepłym silniku. Powiedział mi, że powodem była uszczelka pod czujnikiem położenia wału rozrządu. Przytaczam dokładnie, bo zapisałam. Inaczej chyba nie zapamiętałabym tego. Być może takie objawy też mogą wystąpić, chociaż myślę, że prawdopodobnie nie było tam kłopotów z akumulatorem.



Przypominając sobie moje różne sytuacje widzę jak problem się stopniowo nasilał i jak wiele różnych spraw złożyło się na ocenę tej sytuacji. Na przykład mówiono mi, że samochód zbyt mało jeździ i dlatego nie doładowuje akumulatora. Nie potrafiłam odczytać daty akumulatora, więc nie mogłam rozwiać swoich wątpliwości co do tego, czy jest dobry. Ponadto brak możliwości podpięcia do komputera, także utrudniało diagnozę. Nikt nie zwrócił uwagi na być może psujący się już rozrusznik, natomiast badano ładowanie i sprawdzano akumulator.  Dopiero kiedy auto nie zapaliło na rozgrzanym silniku sprawy potoczyły się bardziej dynamicznie. Choć i tu ocena sytuacji wcale nie była jednoznaczna i postawiono opel-omega-abłędną diagnozę.


Podsumowując, cała ta sytuacja kosztowała mnie sporo czasu i naraziła na niepotrzebne wydatki. Pozytywną stroną jest to, że zdobyłam jakieś doświadczenie i mogę się podzielić nim z innymi. Może ktoś po przeczytaniu tego artykułu zwróci uwagę także na stan rozrusznika, gdy zacznie się rozładowywać jeszcze całkiem niestary akumulator.


Przeczytaj:

Jak odczytać datę akumulatora

Data akumulatora wciąż owiana tajemnicą


Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!


wpDiscuz